Straszny tydzień

Źle się dla nas zaczął powrót do Anglii. W środę rano karetka z ogromnym bólem głowy, wymiotami i drgawkami zabrała mnie do szpitala. W pierwszym szpitalu zrobiono mi toksykologiczne badania krwi i tomograf głowy. Badania wróciły w normie. W środę wieczorem zostałam więc przetransportowana do innego szpitala w celu dalszej diagnostyki. Jak to bywa w szpitalach brakowało miejsc na oddziale, na który zostałam skierowana więc położono mnie na geriatrii. Na szczęście dostałam pojedynczą salę z telewizorem, miała być to izolatka ze względu na moje wymioty ale tak mnie izolowano, że korzystałam z toalety, która znajdowała się na końcu oddziału. W środę o 22:00 przyszedł do mnie lekarz dyżurny i znowu od początku musiałam wszystko opowiadać bo oczywiście nikt nie czyta dokumentów pacjenta. Lekarz zrobił podstawowe badania i stwierdził, że nie ma zaburzeń ruchowych ale zrobią mi punkcję lędźwiową, która na 99% wyklucza krwawienia w głowie (tomograf to 95% pewności) gdyż moja mama miała w wieku 35 lat wylew także jestem obarczona ryzykiem. W czwartek rano przyszedł kolejny lekarz, oczywiście znowu trzeba było opowiedzieć dlaczego znalazłam się w szpitalu. Po moim wywodzie lekarz stwierdził, że na pewno coś zjadłam i się zatrułam. Mówiłam, że nie bo cała rodzina jadła tak samo a wymioty pojawiły się po bólu głowy więc tak mój organizm zareagował na tak silny ból. W takim wypadku stwierdził, że nakłucie lędźwiowe jest potrzebne i wytłumaczył mi na czym wszystko polega i poprosił o zgodę. Około 16:00 przyszedł konsultant z dwiema uczennicami aby pobrać płyn z kręgosłupa. Konsultant wyjaśnił, że jedna z dziewczyn będzie wykonywała punkcję a on będzie ją instruował i wkroczy jakby coś było nie tak. Chciałam mieć już wszystko za sobą więc się zgodziłam. Dziewczyna wstrzyknęła znieczulenie miejscowe i jak zaczęło działać zabrała się za pobieranie. Ból niesamowity mimo znieczulenia, dziewczyna próbowała dwa razy i nic, czułam jakby koście w miednicy mi pękały jak kolejny raz trafiała w kręgi :/ Po dwóch próbach konsultant stwierdził, że nie ma co mnie męczyć i że to on postara się pobrać płyn. Niechcący upuścił igłę na podłogę więc musieliśmy czekać aż jednak z uczennic przyniesie nową. W tym czasie znieczulenie przestało działać także trzeba było jeszcze raz znieczulać :/ Jeśli chodzi o umiejętności konsultanta to wcale nie było lepiej gdyż też wkuwał się trzy razy powodując ogromny ból :/ W końcu i on zrezygnował mówiąc, że porozmawia z anestezjologami aby to oni przeprowadzili punkcję gdyż są bardziej wprawieni. Z tego wszystkiego głowa przestała mnie boleć ale ból pleców i nóg był koszmarny. Wieczorem zapytałam lekarza dyżurującego co z moim badanie i dowiedziałam się, że muszę czekać do piątku gdyż anestezjolodzy asystują przy przeszczepie nerek i nie ma dla mnie miejsca :/ Czekała mnie więc kolejna noc w szpitalu gdzie za drzwiami starszy pan przez cały dzień i noc krzyczał „help”. W piątek przed 7 obudziła mnie pielęgniarka i powiedziała, że przenoszą mnie na inną salę bo potrzebują izolatki dla innego pacjenta. Zostałam więc przeniesiona na kolejny oddział geriatryczny ale tym razem na salę ogólną :/ Naciskałam i pytałam kiedy będzie badanie gdyż chciałam jak najszybciej wyjść do domu bo Nadusia się rozchorowała i z każdym dniem było gorzej. W środę miała stan podgorączkowy więc mąż dał jej paracetamol a w czwartek mała nie chciała jeść ani pić. Myśleliśmy, że tęskni za mną i że udaje ale najprawdopodobniej ma afty w buzi (nie daje do końca sprawdzić). Nie widziałam więc córki cały dzień (do tej pory byłyśmy razem praktycznie 24h na dobę) bo nie chcieliśmy aby łapała bakterie w szpitalu. W piątek mąż przyszedł z nią na chwilę i nie mogłam powstrzymać łez jak ją zobaczyłam :/ Biedna prosiła „mamo nie rzygaj więcej” :/ Przed wizytą męża i córci była u mnie Pani doktor, która potwierdziła, że anestezjolodzy zrobią mi punkcję i, że mam być gotowa bo w ciągu godziny ktoś przyjedzie aby mnie zabrać. Za jakieś 20 minut przyszedł chłopak z łóżkiem aby zabrać mnie na salę zabiegową. Przed punkcją okazało się, że jestem nieprzygotowana bo nawet opasek na rękach nie miałam co jest niedopuszczalne w szpitalu (nie powinnam dostać leków bez sprawdzenia danych z opaski), brakowało też mojej listy leków, próbówek i kopert na próbki. Czekałam więc jakieś 40 minut zanim wszystko zorganizują a stres sięgał zenitu gdyż wiedziałam co mnie czeka, nastawiałam się na podobny ból jak poprzedniego dnia. Młody anestezjolog zapewniał mnie, że nie ma się czego bać bo oni są „A team”. Faktycznie już nieczulenie dużo mniej bolało i samo wprowadzanie dużej igły też było do wytrzymania. Nie ma jak specjalista wkłucie za pierwszym razem i bez męczenia pacjenta. Po punkcji miałam leżeć na płasko przez dwie godziny i pić dużo wody. Jak znieczulenie odeszło ból pleców dawał się we znaki więc byłam na środkach przeciwbólowych. Wyniki były wysyłane do innego miasta więc pod znakiem zapytania stał mój piątkowy wypis do domu. W piątek około 20 zaczęłam naciskać i pytać czy już coś wiadomo, lekarze wiedzieli że mam małą córkę więc spięli się i za jakiś czas wiedziałam, że wyniki są w porządku. Poprosiłam więc o wypis do domu. Pani doktor bała się ze względu na to, że po punkcji często występują komplikacje ale po mojej prośbie i konsultacji z innym lekarzem około 22 wypisali mnie do domu. Przed wyjściem zapytałam czy wiedzą czemu tak mocno bolała mnie głowa to dowiedziałam się, że czasami pojawiają się takie bóle głowy, które za jakiś czas znowu mogą się pojawić więc jak tylko poczuję, że zaczyna boleć mnie głowa mam brać tabletki a jeśli nie pomogą to jechać do szpitala :/ Po moim powrocie Naduia już spała ale często budziła się w nocy i mówiła, że boli ją język, myślę, że głód też ją budził ale kategorycznie nie chciała nic jeść. W sobotę myślałam, że będzie już lepiej ale mała dalej marudziła, na siłę jadła, piła za nagrody ale większości jakiekolwiek jedzenie kończyło się wielkim płaczem. W sobotę wieczorem znowu zaczęła boleć mnie głowa więc znowu baliśmy się, że skończy się tak samo jak w środę ale tabletki i sen pomogły. Myślę, że szybciej doszłabym do siebie gdybym wysypiała się w nocy ale Nadia tak często się budzi, że nie ma szans na spokojny sen. Kupiliśmy jej żel na pleśniawki, wczoraj dokupiliśmy płyn ale nic jej nie pomaga. Byliśmy dzisiaj w przedszkolu aby powiedzieć, że mała jest chora. Nie robili problemu więc mamy przyjść w następny poniedziałek jak już dojdzie do siebie. Ręce mi opadają, mąż jest w pracy a Nadia chce aby nosić ją całymi dniami co nasila ból głowy i pleców. Stresuje mnie też, że nie chce jeść i pić. Jeśli dzisiaj nie będzie poprawy będę musiała pójść z nią do lekarza :/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Straszny tydzień

  1. ~Ewa pisze:

    Oh masakra! Mam nadzieje, ze u was juz lepiej! A mała nie ma czasem bostonki? Antos miał jakis czas temu cos strasznego! Nie chciał jeść ani pic :(
    Niestety teraz jak Nadia pójdzie do prEdszkola do co chwile bedzie chora:(

    • aneta22.06 pisze:

      Hej, o chorobie bostońskiej myślałam jak mała miała gorączkę a potem wysypkę w Polsce ale wtedy przynajmniej jadła. Wynika na to, że przeszła trzydniówkę a teraz to coś innego bo nie ma wysypki. Domyślam się, że przedszkole to skupisko bakterii, nawet w szpitalu pytali mnie czy Nadia mnie czymś nie zaraziła :/

  2. ~Daria pisze:

    Obstawiam na trzy dniowke jak masz tam dostępny aftin takie krople na okesniawki kup i wcieraj,a sprawdzałas czy Nadia nie ma gdzieś krosty pod pachą,na stopie,we włosach?To obserwuj…Wiem co to znieczulenie bo miałam dwie cc,nic przyjemnego,też miałam silne bóle głowy,oczy mnie bolały musiałam się położyć i mieć ciszę i zamknięte oczy wymioty też mi towarzyszyły umieralam..życzę zdrowia o uważaj na przeciagi :)

    • aneta22.06 pisze:

      Trzydniówkę mała miała w Polsce. Najpierw miała wysoką temperaturę a po kilku dniach wyszły krostki. Nie przyszło mi do głowy aby sprawdzać we włosach ale dzisiaj to zrobię, sprawdzę też dokładnie pod paszką, na stopach na pewno nic nie ma.
      Ja już kilka razy miałam znieczulenie w kręgosłup a to do operacji kolana a potem przy porodzie ale tym razem samo znieczulenie to pikuś. Jak widziałam igłę do pobierania płynu mózgowego to włosy mi stanęły dęba a jak jeszcze ktoś nieumiejętnie wbijał mi tą igłę kilka razy w kręgi zamiast pomiędzy… dlatego kości i plecy bolą do dziś :/ Powiem Ci, że mi przy bólach głowy też zawsze pomagało leżenie i cisza ale tym razem myślałam, że obetnę sobie głowę, dodatkowe te drgawki i napięcia mięśniowe. Nie mogłam też powstrzymać wymiotów a już samymi sokami z brzucha wymiotowałam :/

  3. ~Daria pisze:

    Wiem ze glupio zabrzmi nie mislas stycznosci z kleszczem?Teraz tsk dyzo sie slyszy wystarczy ze gryzie,nie musi się przyczepić i bolerioza gotowa a objawy pasują byłam badana na nią ja naszczescie jestem czysta.Żal mi Nadusi brat miał kiedyś silną opryszczka wpychal chleb do nosa by się najeść..straszne,na ad ty lekarze każą cycac vit c i przylozyc na zainfekowanych krostach w ustach tylko u małej to nie wypal:D wrzuć małej zdjęcie bo dawno nie widziałam jak urosła :) tak mi się jej włosy podobają…:)

    • aneta22.06 pisze:

      Teraz raczej nie miałam styczności z kleszczami. Właśnie badanie płynu mózgowego wyklucza takie choroby bo faktycznie objawy są podobne. O matko jak Twój brat przetrwał ja na samą myśl o wpychaniu czegoś do nosa mam dreszcze. Właśnie u nas domowe sposoby nie mają racji bytu bo mała do wczoraj nie brała nic do ust a próby włożenia czegokolwiek czy nawet smarowanie żelem kończyło się rykiem jakby ze skóry ją obdzierali :/ Ps zdjęcia dodane. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>